Na co mamy wpływ?

To było prawie rok temu – zaproponowałam poprowadzenie warsztatu pro bono dla współmałżonków oficerów z Korpusu Północnoatlantyckiego. Motyw był jeden – przypomniałam sobie moje pierwsze chwile, kiedy zaczynałam studiować w Exeter czy pracować w Madrycie – przypomniałam sobie, jak ważne było dla mnie zrozumieć zmianę, która nastąpiła, zaakceptować odmienność (kultury, języka, otoczenia…). Wtedy robiłam to na wyczucie, intuicyjnie próbowałam odnaleźć się w nowej rzeczywistości.

Teraz wiem, ze kierują nami mechanizmy, procesy, że pewne sytuacje można przewidzieć, przygotować się na nie. Potrafię nazwać poszczególne etapy zmiany. Zaproponowałam więc podzielenie się tą wiedzą. Propozycja została przyjęta z radością i nie minęło kilka dni a otrzymałam telefon o Kierowniczki Zamieszania (Pani Prezes Clubu) z zaproszeniem na środowe (był poniedziałek), poranne spotkanie współmałżonków. Dostałam informacje, że mam 2h.

Przybyłam na salę przygotowana na kilka osób. Zastałam … kilkadziesiąt mówiących w ponad 20stu językach osób, które przy kawie miały mnie słuchać…

Pamiętam, że ogarnął mnie stres (co spowodowało, że mówiłam szybko 😉 ). Pamiętam, że ogarnęła mnie konsternacja, kiedy zaproponowałam ćwiczenie i okazało się (po prawie 2h), że na sali są osoby, które kompletnie nie znają angielskiego. Pamiętam, że po warsztacie otrzymałam podziękowania od organizatorów, cudowną pamiątkę. Pamiętam telefon do męża, kiedy zakomunikowałam mu, że właśnie chyba zakończyłam swój najgorszy warsztat w życiu. Pamiętam, jak przekonywał mnie, że nie mogło być tak źle, bo rozmawiał w międzyczasie z kilkoma osobami i gratulowały mu…. Pamiętam ten warsztat i nauczkę, jaką wyciągnęłam – błąd nowicjusza popełniony przez doświadczonego trenera – brak weryfikacji ilości osób, potrzeb, poziomu języka…, gdybym miała siebie na szkoleniu ze szkoleń to właśnie oblałabym moduł z etapu przygotowań do szkolenia.

Od tego wydarzenia minął prawie rok, na szczęście bardziej posłuchałam męża niż siebie i nie zmieniałam zawodu ;). Dlaczego dzisiaj akurat temat do mnie wrócił? Ponieważ poznałam dzisiaj osobiście osobę, która uczestniczyła w tym warsztacie – osobę, która mi ten warsztat przypomniała, która powiedziała, że do tej pory  pamięta moje słowa, które pomogły jej i jej rodzinie zaakceptować fakt, że w Polsce nic nie będzie takie, jak w ich kraju pochodzenia, że potrzebują albo zaakceptować albo działać, jeżeli coś im nie odpowiada. Opowiadała mi, jak zaraz po zajęciach, wróciła do domu i wszystkim tłumaczyła ideę poszerzania strefy wpływów. Cieszyła się bardzo, że mogła to wtedy, na początku jej pobytu w Polsce, usłyszeć.

Pomyślałam – to jest niesamowite – jak różnie odbieramy świat, jak wiele nie wiemy, jak dorabiamy ideologię. Mój rozmówca przyznał mi dzisiaj, że był przy tym stole, który totalnie nie zrozumiał polecenia ćwiczenia, ponieważ dopiero zaczynali się uczyć angielskiego. Teraz mówi swobodnie i dzisiaj powiedziała mi, że jednym z powodów była decyzja – nie marudzę, nie narzekam – akceptuję sytuację – nie każdy w Polsce potrafi i chce mówić po niemiecku – więc działam – uczy się polskiego i angielskiego.

Ta jedna rozmowa dzisiaj dała mi wiele do myślenia. Ja też mam w swojej pamięci, osoby, których czasem jedno słowo, gest, zaważyły na moich decyzjach, procesach myślowych, działaniach. Jakże powinniśmy być uważni na to, co mówimy. Jakże cudnie, że nauczyć się możemy czegoś zawsze i od każdego. Kwestią jest tylko czy chcemy brać, czerpać, uczyć się i inspirować.

Dzięki tej klamrze jeszcze bardziej wierzę w moją pracę, w mój zawód, w moją pasję. Dzięki tej sytuacji wierzę również, że warto pracować nad precyzją przekazu, ale wierzę również, że czasami warto dać na looz i po prostu rozmawiać z poziomu serca.

 

 

0 komentarzy:

Dodaj komentarz

Chcesz się przyłączyć do dyskusji?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.